piątek, 26 listopada 2010

Niezwykły dar...

Każdy z nas otrzymuje dary od Boga. Często są one trudne do poznania, czasem widzimy je na pierwszy rzut oka.
Zastanawiam się, co takiego ja od Niego dostałam... Odkrywam to już od sześciu lat. Miałam wówczas 10 lat... Byłam dzieckiem, które dopiero uczy się życia, ale już wtedy Bóg zaczął pokazywać mi moją drogę. Wszystko zaczęło się od niewinnej "kanapki". Gdy w szkole usłyszałam o akcji, w której mamy przynosić drugie śniadanie biednej osobie, postanowiłam wziąć w niej udział. Niby to tylko dwie kromki chleba, a sprawiało mi w tamtym czasie ogromną radość, że mogę dać coś swojego innym. Kilka miesięcy później otrzymałam kolejne zadanie. Uczyłam się dobrze, szkoła była dla mnie wszystkim. Bóg przysłał do mnie kolejne osoby. Tłumaczyłam im zadania z większości przedmiotów, zostając w szkole czasem do późna. Ale to dawało mi wiele szczęścia. Jednak dla mnie to jeszcze było za mało... Zaczęłam zbierać w szkole fundusze w różnych akcjach, jeździłam do domu dziecka. Gdy któregoś dnia miałam do zrealizowania kolejny punkt mojego planu... Bóg postawił przede mną starszą, samotną osobę. Na początku była tylko rozmowa, robienie zakupów. Ale gdy babcia, bo tak Ją nazywałam, nie mogła chodzić i musiała leżeć, karmiłam Ją, czytałam gazety, zawsze przy Niej byłam. Od Niej uczyłam się miłości i szacunku do innych ludzi. Gdy zmarła, postanowiłam nie poprzestawać w swoim działaniu. Odchodząc ze szkoły podstawowej, rozpoczęłam naukę w gimnazjum, a tym samym kolejny rozdział. W nowej klasie nikt nie uczył się j.niemieckiego, dlatego też wymyśliłam, że pomogę im, bo nie radzili sobie z tym przedmiotem, a ja miałam go już dobrze opanowany. Poświęcałam na to mnóstwo czasu... Aż w końcu od najbliższych usłyszałam: "Oni cię tylko wykorzystują. Zobacz, nie masz nawet chwili dla siebie. Nie pomagaj im.". Te słowa były dla mnie wielkim ciężarem i bólem. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak do mnie mówią. Aż w końcu pojęłam, że dla nich ważna jest zapłata, nie istnieje bezinteresowność. Niedługo potem chciałam dołączyć do jakiegoś stowarzyszenia. Ale niestety nie udało się. Miałam wtedy 13 lat, byłam za młoda, bo nikt nie chciał mnie przyjąć. Tak więc musiała wystarczyć mi tylko pomoc innym w nauce. Czekałam, aż przyjdzie ten odpowiedni moment, gdy wreszcie będę mogła robić coś więcej. Dzisiaj, kiedy mam 16 lat moje marzenie się spełnia. Dołączam do fundacji "Dobrze że jesteś". Będę towarzyszyć chorym w ich cierpieniu. Czy podołam temu zadaniu, nie wiem. Nieustannie się nad tym zastanawiam, ale skoro Bóg zrodził we mnie taką myśl, to pewnie uważa, że dam radę. Niestety już na początku swojej nowej drogi usłyszałam od najbliższych słowa krytyki i próby zniechęcenia. "Czy ty dasz radę? To nie dla ciebie. Chorzy, czy ty wiesz co robisz? Radzę ci, przemyśl to jeszcze, póki nie jest za późno, bo nie dasz rady, zobaczysz.". Nie mam wsparcia u rodziny, przyjaciół. Bardzo niewiele osób wie, że podejmę tą pracę w szpitalu, a od prawie wszystkich usłyszałam niemiłe komentarze. Zawiodłam się... Teraz bardzo uważam, co komu powierzam, więc jeśli coś mówię drugiej osobie, muszę mieć do Niej ogromne zaufanie.
Niemal codziennie rodzi się we mnie pytanie: "Czy jesteś na tyle silna, żeby towarzyszyć chorym?". Boję się, ale wierzę, że dam radę. Nawet jeśli nie będę mogła liczyć na wsparcie najbliższych, będę mieć przy sobie Boga. Pomaganie innym sprawia mi wiele radości, jest czymś, co nadaje mojemu życiu sens. Nie liczę na poklaski innych osób. Chciałabym działać po cichu, najlepiej by nikt o tym nie wiedział. To co czynię, nie jest niczym wielkim, to tylko maleńki uczynek, który nie zasługuje jeszcze na uznanie. Nie chcę słyszeć od chorych słowa "Dziękuję", to nie oto chodzi, bo wypowiedzenie tego wyrazu jest bardzo trudne. Pragnę tylko jednego, uśmiechu na twarzy choć jednej osoby, by ktoś przez moje działanie mógł poczuć się szczęśliwy. Nie wiem, czy mi się to uda. Ale jedno jest pewne, nie poddam się, nawet gdy inni będą mnie wytykać palcami. Nie robię tego dla nich, ale dla chorych.
Codziennie dziękuję Bogu za ten niezwykły dar, który od Niego otrzymałam. Jestem Mu za to bardzo wdzięczna i mam nadzieję, że postawi przede mną jeszcze wielu potrzebujących ludzi...


"Sercem nie można służyć za pieniądze, sercem służy się za darmo, bezinteresownie."
Kard. Stefan Wyszyński

poniedziałek, 15 listopada 2010

wtorek, 19 października 2010

Wybór

Nasze życie składa się z ciągłych wyborów, często trudnych. Wiele razy musimy wybierać między dobrem a złem, co nie jest proste... Co zrobić, by nie poddać się temu, czego nie chcemy? Może łatwiej będzie nam zrozumieć na przykładzie. "Jest niedziela. Idziemy do kościoła, ale w drodze do niego spotykamy naszych starych znajomych. Namawiają nas na piwo, jakiś spacer po parku. Ale my mieliśmy inne plany, szliśmy spotkać się z Bogiem. Zaczynają nas przekonywać, że dawno się nie widzieliśmy, że taka okazja może się nie zdarzyć. Musimy wybierać...". Co wtedy robimy? Najczęściej idziemy wraz z "przyjaciółmi", a nie tam, gdzie zamierzaliśmy. Często dlatego, że baliśmy się powiedzieć "nie, nie idę z wami". Może gdybyśmy wtedy zwrócili się do Boga, dostalibyśmy siłę, żeby odmówić i wyjść na spotkanie ku Niemu? Myślę, że tak.
Zdarza się, że musimy wybierać między złem a złem. Dobrze, że dzieje się to stosunkowo rzadko. No bo cóż zrobić: "strzelić do mordercy czy pozwolić mu zabić"? To jest bardzo ciężkie do rozstrzygnięcia, zazwyczaj podejmujemy to pod wpływem chwili...
Najtrudniejszą decyzją jest dla mnie wybór między dobrem a dobrem. Jak mam wybrać tego, któremu potrzebna jest większa pomoc? Skąd tak naprawdę mam wiedzieć, kto mnie bardziej potrzebuje? To najlepiej zostawić Bogu, zapytać Go. Wybory stają się łatwiejsze, gdy podzielimy się nimi z Bogiem. On nam pomoże podjąć tą właściwą decyzję. Ale najpierw sami musimy tego bardzo pragnąć...

piątek, 15 października 2010

Blisko a jednak daleko...

Długo zastanawiałam się, co napisać, który temat wybrać. Ale postanowiłam jednak najpierw opisać dla mnie wielki dzień, czyli niedzielę.
To miało być wyjątkowe spotkanie na Mszy Świętej, bo miałam przyjąć bierzmowanie. Chciałam, żeby tak wyszło. Czy się udało, do końca sama nie wiem. Witałam księdza biskupa, starałam się, żeby powiedzieć to, co zaplanowałam, żeby to nie były puste słowa, ale te które czuję. Bardzo się denerwowałam, więc mam nadzieję, że o niczym niewłaściwym nie wspomniałam. Potem czytania i homilia. Później właściwy obrzęd sakramentu. Zakończyła się Msza, dopiero wtedy zaczęły mijać emocje.
Ale pod wieczór dopadły mnie myśli: "Czy właściwie przeżyłam ten sakrament? Czy ten dzień był dla mnie wyjątkowy?". Bardzo chciałam, żeby to wszystko nie było ot tak, ale inaczej, niezwykle. Pragnęłam świadomego i godnego przyjęcia tego sakramentu. Starałam się, by wszystko wyszło jak najlepiej, by zrozumieć istotę tego dnia. Nie wiem, czy podołałam zadaniu. Ale to już nie w mojej ocenie. Wiem jedno, gdyby nie dwie osoby, nie udałoby mi się osiągnąć tego, co uczyniłam. Dzięki Nim zrozumiałam, na czym polega ten sakrament i po co w ogóle mam go przyjąć. Gdyby nie One, ten dzień nie zostałby w mojej pamięci, a tak wiem, że będzie trwał w niej długo. A tak pomimo wątpliwości, które miałam, teraz jestem szczęśliwa. Dziękuję Wam!

sobota, 9 października 2010

Cisza...

Jutro, czyli 10 października nadejdzie ten dzień. Dzień mojego bierzmowania. Mam nadzieję, że to będzie wyjątkowa chwila, że uda mi się ją tak przeżyć. Niech Duch Święty przemieni moje życie! Teraz potrzebuję tylko wyciszenia...

sobota, 2 października 2010

Bierzmowanie

Za kilka dni nadejdzie ten moment... Bierzmowanie - sakrament, który umacnia chrześcijanina, aby swoją wiarę mężnie wyznawał, bronił jej i według niej żył. Co mi on da? A może, co chciałabym żeby wniósł w moje życie? Mam jedno pragnienie... Bardzo chciałabym, żeby dzięki niemu nauczyć się mówić językiem miłości. Ale nie ot tak, ale żeby inni słuchając mnie, odkrywali Boga. Wiem, że to trudne do zrealizowania, ale możliwe.
Chodziłam przez rok na spotkania przygotowujące do tego sakramentu i zobaczyłam tam ludzi, dla którym Bóg nie jest ważny. Niestety... Przyjmują bierzmowanie tak na wszelki wypadek, może kiedyś się przyda. A ja chcę inaczej. Chcę, żeby to było umocnienie. Skoro jest to sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, to powinien on być przyjęty w niezwykły sposób. Nie na pokaz, bo tak wydaje mi się bez sensu. Zresztą dla mnie wiele rzeczy wydaje się nie mieć sensu...
Miałam za zadanie wybrać patrona. To był dla mnie wielki problem, gdyż nie chciałam się kierować tym, które imię mi się podoba, ale życiem świętego, które chciałabym naśladować. Po długim wahaniu wybrałam św. Julię Billiart. To nie była łatwa decyzja... Pewnie niektórzy teraz się zastanawiają, cóż wielkiego jest w wyborze imienia? W wyborze imienia, nic. Ale w decyzji towarzyszącego nam świętego, dla mnie jest.
Już niedługo otrzymam ten sakrament. Chciałabym, jak najlepiej przeżyć ten dzień. Tak by podobało się Bogu. Postaram się nie patrzeć na innych, lecz tylko na Niego. Mam nadzieję, że mi się uda...

niedziela, 26 września 2010

Spowiedź święta

Spowiedź, czyli sakrament pojednania. Po co został ustanowiony? Wielu moich znajomych twierdzi, że spowiedź przed księdzem jest niepotrzebna, wystarczy ta ogólna. Otóż ja się z nimi nie zgodzę. "Właściwie czemu mam się spowiadać duchownemu, który też grzeszy" - pytają, co ich motywuje, by nie pójść do tego sakramentu. Uważam, że klękając w konfesjonale, czy też w każdym innym miejscu, wyznając swoje słabości, spotykamy się z Bogiem. Ksiądz jest tylko "przykrywką". Czasem pomocną, fakt. Skoro nie baliśmy się zrobić coś złego, to dlaczego nie możemy powiedzieć o tym w konfesjonale? Czyżby strach i wstyd nas ogarniał? Warto się nad tym zastanowić...

Mam pewną historię dotyczącą spowiedzi i pewnego księdza, z którą się podzielę:
Przygotowywałam się do I Komunii, czekałam na nią z niecierpliwością, bo w końcu będę mogła przyjmować Jezusa. Wcześniej trzeba było iść do spowiedzi. Poszłam do Proboszcza, bo akurat spowiadał. Później chodziłam i chodziłam. Nie zależało mi na jakiego księdza trafię, ważne żebym skorzystała z tego sakramentu. Gdy któregoś dnia po Rocznicy I Komunii poszłam znowu do Niego, powiedział mi takie słowa: "Wiesz, ale staraj się nie popełniać tego samego grzechu co miesiąc temu". Pomyślałam sobie: "Więcej do Księdza nie przyjdę. Jak to jest, Ksiądz pamięta, co mówiłam miesiąc temu. Nie, więcej nie przyjdę". Udało się, nie byłam u Niego ok. 6 lat. Gdy 14.02.10 postanowiłam wybrać się do spowiedzi. Dzień wcześniej wróciłam późno do domu. Stwierdziłam, że pójdę do Kościoła, jak się obudzę. Mogłam iść na 8, 10, ale nie chciało mi się wstać i poszłam na 12. Weszłam do Kościoła i spostrzegłam, że spowiada jeden ojciec augustianin. Ucieszyłam się. No ale po chwili okazało się, że zamienia się z Proboszczem. No i się zasmuciłam, chciałam odejść. Ale zostałam... Poszłam i ta spowiedź była moją najlepszą, Ksiądz jak nikt inny mnie zrozumiał. Potem nawet byłam u Niego i wytłumaczył mi wiele spraw. No ale od lutego mijały miesiące i znowu omijałam szerokim łukiem Proboszcza, który siedział w konfesjonale. Wolałam pojechać gdzieś dalej. No ale coś mi mówiło we wrześniu: "Jest pierwszy piątek. Spowiada dwóch księży. Idź". Wiedziałam, że będzie spowiadać Proboszcz i taki inny ksiądz. Chciałam iść do Proboszcza, ale się bałam. Weszłam do Kościoła, pomodliłam się chwilę. Wyprzedziło mnie parę ludzi, ale Ksiądz czekał na mnie. Chociaż miałam pusty konfesjonał z innym księdzem. Ale Proboszcz chyba widział, że chcę iść do Niego. Poszłam i znowu przeżyłam niezwykle ten sakrament. To co mi mówił, jaką pokutę zadał, nie taką zwykłą, taką nad którą trzeba dłużej pomyśleć. Dało mi to dużo do myślenia. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam wielki błąd, ogromny w moim życiu. Bardzo teraz tego żałuję. Tych 6-ciu straconych lat. Najgorsze jest to, że w ciągu tego czasu nie spotkałam żadnego duchownego, który by tak do mnie przemawiał, jakbym słyszała Jezusa, u którego spowiedź byłaby naprawdę czymś wielkim.

Dla Was może ta historia nie jest żadną szczególną. Dla mnie i owszem. Jeśli macie blisko siebie duchownego, który do Was przemawia, nie szukajcie innego. Z pewnością nie znajdziecie lepszego... Nie tłumaczcie sobie: "On mnie zna.", to nie jest żadna wymówka. A jeśli ksiądz nas zna, może bardziej pomóc, zrozumieć. Życzę Wam, byście znaleźli takiego duchownego w swoim życiu. Mi się udało.


"
Jeśli chcesz zdobyć prawdziwe szczęście, musisz przeznaczyć wszystkie siły na dążenie do celu zgodnego z twoim powołaniem."
William Cowper