Liczba młodych osób, które popełniły samobójstwo z roku na rok rośnie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego młodzież decyduje się na taki krok, co nimi kieruje w chwili sięgania po coś pomagającego umrzeć? Z własnego doświadczenia wiem, że człowiek wtedy gubi się we wszystkim, ma jakiś problem i nie umie sobie z nim poradzić, a że nikogo obok nie ma, dla niego to najprostsze wyjście. Gdy w trudnym momencie brakowało mi bliskiej osoby, kogokolwiek nic nie miało sensu. Nie potrafiłam poradzić sobie z sytuacją, która mi się przydarzyła i najłatwiejszym rozwiązaniem było skończenie ze sobą. Teraz wiem, że to był wielki błąd. Jednak moje życie zostało ocalone, ale niestety nie wszyscy mają takie szczęście. Gdy wracam do tamtego czasu, pamiętam wielkie osamotnienie, brak osoby, która mogłaby mi pomóc. Ale wydaje mi się, że wielu młodych ma tych osób nawet zbyt dużo, mogą czuć się trochę przytłoczeni obecnością ich wszystkich. Myślę, że w momencie gdy chcemy ze sobą skończyć i każdy wokół nas powtarza, byśmy tego nie robili, my to uczynimy specjalnie. Najlepiej gdy będzie z nami jedna, może dwie zaufane osoby. Ktoś kto z nami przetrwa ten najgorszy czas. Wciąż jest pewnie pytanie: Dlaczego od razu się zabijać? Nie wiem, nie umiem na nie odpowiedzieć, chociaż sama przez to przechodziłam. To jest jakiś impuls, chęć odejścia od sytuacji, która nas przerasta. Wtedy nie interesowało mnie to, co będą czuli moi rodzice, znajomi. Wciąż powtarzałam sobie: Tak będzie lepiej. Teraz wiem, że pewnie to lepiej nigdy by nie nastąpiło. Zrozumiałam, że życie jest wielkim darem, który może odebrać wyłącznie Jezus...
Jeśli znacie kogoś, kto chce popełnić samobójstwo, bądźcie przy nim. Wierzcie, to naprawdę ważne. Ta osoba, sama nie poradzi sobie z daną jej sytuacją. A Wasza obecność może wiele jej dać, chociaż nie będzie oto prosić, a nawet Was wyrzuci, jednak Wy nadal przy niej czuwajcie. Czasem drobne gesty skierowane do tego człowieka mogą być czymś nieocenionym. Nie bójcie się przytulić, powiedzieć: "Jestem z Tobą.", bo to wszystko pomaga podnieść się z tak wielkiego upadku. Gdy ktoś jest z nami, gdy się cierpi, dużo łatwiej przez to przejść...
środa, 31 sierpnia 2011
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Wypoczynek...
Wakacje dobiegają końca, dwumiesięczna przerwa minęła tak szybko jak jeden dzień. Pamiętam notkę, w której napisałam, że chciałabym w tym czasie nie zapomnieć o Jezusie. Zastanawiam się, czy udało mi się to wykonać, co osiągnęłam w te wakacje. A Ty, drogi Czytelniku pamiętałeś o modlitwie, Mszy Świętej? Ja właściwie toczyłam ze sobą walki od pierwszego wolnego dnia. Upadłam i nie potrafiłam się podnieść, nie wiedziałam jak mam sobie pomóc. Gdy poszłam do jednego Księdza, On mi wytłumaczył i dzięki Niemu wiele zrozumiałam. Później nadszedł pierwszy piątek miesiąca i ja postanowiłam wszystko zacząć od nowa, zapomnieć o przeszłości. Wydawało mi się to takie proste, chociaż Ksiądz ostrzegał, że nie będzie łatwo. Przez kilka dni było wspaniale, lecz później wszystko powróciło i znowu upadłam, po raz drugi w tak krótkim czasie. Niedługo po tym odbył się Festiwal Życia w Kodniu, to czego tam doświadczyłam, podniosło mnie tak bardzo, że leżącego na ziemi człowieka stałam się fruwającym ze szczęścia motylem. Nie poznawałam samej siebie, bo byłam taka radosna. Trwało to trochę czasu, dopóki w moim domu wszystko się nie popsuło. Wróciły stare wspomnienia, bóle, cierpienia. I upadłam, po raz trzeci. A ten upadek bolał, tak bardzo że nie umiałam się podnieść, bo to dotyczyło czegoś tak dla mnie ważnego w życiu, czegoś co tak bardzo pragnęłam, że prawie nic nie dodawało mi siły do zmian. Aż pewnego dnia udało mi się zebrać w sobie, dzięki pomocy jednej osoby (Dziękuję!) i poszłam do swojego Księdza. Tego dnia była straszna ulewa, ale ja powiedziałam do siebie: "Albo teraz albo nigdy" i wyszłam z domu. Gdy umówiłam się z Księdzem na następny dzień, czułam się lepiej, jednak ból bardzo doskwierał. Poszłam do Niego w wielkim lęku, ale jak zwykle nie było czego się obawiać. Doświadczyłam u Niego czegoś niezwykłego, co dodało mi sił i znowu mogę chodzić z podniesioną głową. Ale nie udałoby się tego dokonać, gdyby nie towarzyszył mi Jezus, gdyby nie posługiwał się tymi wszystkimi osobami, które spotkałam w ciągu dwóch miesięcy. Wiem, że pomimo tych upadków, to były piękne wakacje, bo przybliżyły mnie do Boga. Dziękuję Wam, którzy stajecie na mojej drodze i zatrzymujecie się, chociaż oto nie proszę.
niedziela, 28 sierpnia 2011
Wolontariat
W tym roku obchodzony jest Europejski Rok Wolontariatu, zatem postanowiłam napisać coś na ten temat, skoro sama działam w fundacji. Wiele osób myśli, że działając w wolontariacie trzeba dawać tylko od siebie i nic nie dostaje się w zamian. To nie jest prawda. Gdy od 9 miesięcy chodzę do szpitala, otrzymuję od pacjentów tyle miłości i ich zaufania do mnie, że sama czasem nie wiem, czy potrafię im podarować tyle szczęścia od siebie. Nie mam za to żadnych dóbr materialnych, to się zgadza. Ale moje wynagrodzenie nie jest liczone w żadnych monetach i banknotach, jest zapisane w sercu. Gdy widzę uśmiech chorego pomimo cierpienia, gdy słyszę dobre słowo - to jest największa nagroda. Wiecie, na drodze pomagania innym można poznać siebie, zmienić częściowo swoje życie. Często można bardzo wiele zyskać, a prawie nic od siebie nie dać. Mottem wszystkich wolontariuszy jest zdanie: "Człowiek ma tyle z życia, ile potrafi dać innym.". Jednak właściwie to nie ono wypełnia wszystkie moje działania. Kiedyś będąc na dyżurze, jeden pacjent patrzył z podziwem na początki mojej posługi, bo wtedy miałam 16 lat i wydawało mu się, że tak młodzi ludzie muszą strasznie się poświęcać, przychodząc na oddział, bo przecież mają tyle różnych ciekawszych zajęć. Dokładnie pamiętam, że odpowiedziałam mu tymi słowami: "Wie pan, to dla mnie wielkie szczęście, że mogę tu być, wielkie wyróżnienie, że mogę z panem teraz rozmawiać.". Mężczyzna trochę się zdziwił i powiedział, że chce mi przekazać motto, które chciałby, żeby towarzyszyło mi przez resztę życia i wie, że już je wypełniam. Brzmi ono tak: "Człowiek tyle jest wart, ile może zrobić dla drugiego człowieka, jeśli ten potrzebuje pomocy.". Niestety parę godzin później, ten mężczyzna zmarł...
Chcę Wam powiedzieć, że wejście na ścieżki wolontariatu jest czymś niezwykłym. Nie musi to być szpital. Gdy miałam 13 lat, pierwszy raz i jak na razie jedyny pojechałam do domu dziecka. Chociaż sama byłam wtedy właściwie dzieckiem, zobaczyłam, że osoby tam przebywające potrzebują miłości, zaakceptowania, zabawy. Spędziłam z nimi parę godzin, huśtając się, grając w piłkę, a one tak bardzo się cieszyły, że ktoś je odwiedził. To było piękne doświadczenie...
Może kiedyś wpadła Wam myśl wstąpienia do jakiegoś stowarzyszenia i ją zaniechaliśmy. Może warto do niej powrócić? Nie ważne, czy masz 15 czy 50 lat. Wolontariat jest dla wszystkich! Jego rodzajów jest naprawdę dużo, więc każdy może znaleźć coś dla siebie. W tym wszystkim trzeba jednak pamiętać, że nie dostaje się za to wynagrodzenia materialnego, ale za to wielkie wsparcie od Jezusa i możliwość zobaczenia błysku w oku innego człowieka.
Chcę Wam powiedzieć, że wejście na ścieżki wolontariatu jest czymś niezwykłym. Nie musi to być szpital. Gdy miałam 13 lat, pierwszy raz i jak na razie jedyny pojechałam do domu dziecka. Chociaż sama byłam wtedy właściwie dzieckiem, zobaczyłam, że osoby tam przebywające potrzebują miłości, zaakceptowania, zabawy. Spędziłam z nimi parę godzin, huśtając się, grając w piłkę, a one tak bardzo się cieszyły, że ktoś je odwiedził. To było piękne doświadczenie...
Może kiedyś wpadła Wam myśl wstąpienia do jakiegoś stowarzyszenia i ją zaniechaliśmy. Może warto do niej powrócić? Nie ważne, czy masz 15 czy 50 lat. Wolontariat jest dla wszystkich! Jego rodzajów jest naprawdę dużo, więc każdy może znaleźć coś dla siebie. W tym wszystkim trzeba jednak pamiętać, że nie dostaje się za to wynagrodzenia materialnego, ale za to wielkie wsparcie od Jezusa i możliwość zobaczenia błysku w oku innego człowieka.
sobota, 20 sierpnia 2011
Ponownie...
Przykro mi to pisać, ale ponownie zawieszam bloga. Nie wiem, na ile. Może na dzień, może na dwa, a może na dłużej. Muszę wszystko sobie poukładać i przemyśleć...
piątek, 19 sierpnia 2011
Wspólnota...
Żyjemy w różnych wspólnotach - szkolnych, rodzinnych, poszczególnych miast. Nie w każdej można się jednak łatwo odnaleźć. Trzeba trafić na odpowiednich ludzi, na kogoś kto do nas w jakiś sposób trafia. Ale takie osoby bardzo trudno jest znaleźć, co widzę po samej sobie. W szkole widzę jak moi rówieśnicy i ja znacznie się od siebie różnimy, że właściwie nie mam o czym z nimi rozmawiać. W domu jest chyba jeszcze gorzej, tak naprawdę nie znam własnych rodziców, a oni nie znają mnie. Gdy byłam w Kodniu zobaczyłam tam wspólnoty młodzieży, które przyznają się do Jezusa. Pierwszą myśl, która wtedy przyszła mi do głowy była: "Ci ludzie są zupełnie inni niż tych, których ja znam.". Bardzo mi to zaimponowało, ta otwartość, miłość. Jechałam tam ze strachem, że się nie dogadamy, że będzie źle. Wróciłam szczęśliwa, że poznałam tak wspaniałe osoby...
Pierwszy raz, w którym pomyślałam o dołączeniu do jakiejś wspólnoty był w 2003r, to było zaraz po mojej Pierwszej Komunii Świętej, więc miałam 9 lat. Gdybym wtedy posłuchała tego głosu, teraz może miałabym kontakt z ludźmi, którzy chcą być blisko Jezusa. Niestety w tamtym czasie odepchnęłam tę myśl i próbowałam zapomnieć o tym, co wpadło mi do głowy. Później w 2010r. motyw wstąpienia do wspólnoty powrócił, spytałam rodziców o pozwolenie i wtedy odpowiedzieli mi: "Nie zgadzamy się. Nie zmarnujesz sobie tak życia.". Było mi bardzo przykro, jednak musiałam pogodzić się z ich decyzją. Jednak wciąż mi czegoś brakowało, żyłam w samotności, a pragnęłam czegoś więcej, czegoś lepszego. Może niedługo uda mi się gdzieś dołączyć, zostało mi jeszcze parę miesięcy do pełnoletności, wtedy możliwe że zawitam w nowej grupie. Może tak miało być? Może miałam dojrzeć do tego aż 9 lat, by lepiej się w tym odnaleźć...
Wspólnota na pewno jest miejscem, w którym szukamy samych siebie. Przebywamy tam z ludźmi, którzy są podobni. Myślę, że warto do jakiejś dołączyć, dla poznania siebie, dla zbliżenia się do Jezusa. Sądzę, że takie spotkania nie są straconą chwilą, a wręcz przeciwnie pięknym czasem. Więc może i Ty dołączyć do tych ludzi?
Pierwszy raz, w którym pomyślałam o dołączeniu do jakiejś wspólnoty był w 2003r, to było zaraz po mojej Pierwszej Komunii Świętej, więc miałam 9 lat. Gdybym wtedy posłuchała tego głosu, teraz może miałabym kontakt z ludźmi, którzy chcą być blisko Jezusa. Niestety w tamtym czasie odepchnęłam tę myśl i próbowałam zapomnieć o tym, co wpadło mi do głowy. Później w 2010r. motyw wstąpienia do wspólnoty powrócił, spytałam rodziców o pozwolenie i wtedy odpowiedzieli mi: "Nie zgadzamy się. Nie zmarnujesz sobie tak życia.". Było mi bardzo przykro, jednak musiałam pogodzić się z ich decyzją. Jednak wciąż mi czegoś brakowało, żyłam w samotności, a pragnęłam czegoś więcej, czegoś lepszego. Może niedługo uda mi się gdzieś dołączyć, zostało mi jeszcze parę miesięcy do pełnoletności, wtedy możliwe że zawitam w nowej grupie. Może tak miało być? Może miałam dojrzeć do tego aż 9 lat, by lepiej się w tym odnaleźć...
Wspólnota na pewno jest miejscem, w którym szukamy samych siebie. Przebywamy tam z ludźmi, którzy są podobni. Myślę, że warto do jakiejś dołączyć, dla poznania siebie, dla zbliżenia się do Jezusa. Sądzę, że takie spotkania nie są straconą chwilą, a wręcz przeciwnie pięknym czasem. Więc może i Ty dołączyć do tych ludzi?
środa, 17 sierpnia 2011
Czuwaj...
Pomysł zrealizowania tego tematu zrodził się we mnie, gdy dzisiaj gotowałam i wykipiał mi makaron, a następnie mleko. Stwierdziłam, mogę napisać o tym na blogu. Wielu z nas wszystkiego dogląda, sprawdza, by wyszło tak jak zaplanowali. Rzeczywiście też tak robiłam, patrzyłam, patrzyłam i tak się wczułam w tę rolę, że nie zauważyłam momentu, gdy trzeba było reagować. Często tak czynimy. Stoimy na straży i przegapiamy wiele chwil, by pomóc starszej pani czy dostrzec uśmiech drugiej osoby. Jesteśmy tak bardzo skupieni na tym, czego pilnujemy, że odłączamy się od świata. Bardzo dobrze to znam. Zawsze miałam ułożony grafik, plan dnia co do minuty. Wszędzie był tylko pośpiech i pośpiech. Faktycznie wiele mnie omijało. Byłam skoncentrowana na tym co jest tu i teraz, jednak zobaczyłam, że nie przynosi to dobrych rezultatów. Zobaczyłam, że przegapiam mnóstwo osób, by im pomóc, bo przecież nie mam czasu czy mi się spieszy. Nikt na tym nie korzystał, a wręcz przeciwnie...
Pamiętam, gdy często wyczekiwałam odpowiedni moment, bo w końcu kiedyś nadejdzie. Siedziałam i czekałam, czekałam i siedziałam, a ta chwila nie przychodziła. Gdy się spostrzegłam, było już za późno. Przeważnie ludzie myślą, że gdy będą czuwać, doczekają się czegoś, ale w większości wypadków dzieje się inaczej, bo potrafią zasnąć ze zmęczenia.
Gdy byłam jeszcze małym dzieckiem i podczas niedzielnej Eucharystii siedziałam w ławce, czekałam na przemianę chleba i wina. Tak bardzo pragnęłam zobaczyć tego momentu, tak bardzo skupiałam się, że nigdy go nie dostrzegałam, bo źle patrzyłam. Wtedy myślałam: "Jak nagle znalazły się ciało i krew Chrystusa?". Teraz wiem, że potrzeba do tego nie tylko oczu, ale także wiary. Podczas "Białego Tygodnia" przyrzekałam, że nie będę pić alkoholu do 18 lat. Po zakończeniu jakiejś ważniejszej uroczystości rodzice powiedzieli: "Właśnie złamałaś przyrzeczenie, bo skosztowałaś wina.". Spojrzałam na nich i pomyślałam: "Przecież to była krew Chrystusa.". Ale później zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy rzeczywiście mam rację. Nie chciałam pytać nikogo, bo jeszcze wyszłabym na głupca. Teraz już wiem, że chcąc zobaczyć moment przeistoczenia, trzeba otworzyć najpierw swoje serce.
Czuwajcie i pilnujcie. Nie zapominajcie jednak, żeby skupić się na tym tylko w takim stopniu, na ile wymaga tego sytuacja. Jeśli będziemy chcieć za bardzo czegoś strzec, możemy źle na tym wyjść, bo przegapimy moment, w którym się to wydarzy...
Pamiętam, gdy często wyczekiwałam odpowiedni moment, bo w końcu kiedyś nadejdzie. Siedziałam i czekałam, czekałam i siedziałam, a ta chwila nie przychodziła. Gdy się spostrzegłam, było już za późno. Przeważnie ludzie myślą, że gdy będą czuwać, doczekają się czegoś, ale w większości wypadków dzieje się inaczej, bo potrafią zasnąć ze zmęczenia.
Gdy byłam jeszcze małym dzieckiem i podczas niedzielnej Eucharystii siedziałam w ławce, czekałam na przemianę chleba i wina. Tak bardzo pragnęłam zobaczyć tego momentu, tak bardzo skupiałam się, że nigdy go nie dostrzegałam, bo źle patrzyłam. Wtedy myślałam: "Jak nagle znalazły się ciało i krew Chrystusa?". Teraz wiem, że potrzeba do tego nie tylko oczu, ale także wiary. Podczas "Białego Tygodnia" przyrzekałam, że nie będę pić alkoholu do 18 lat. Po zakończeniu jakiejś ważniejszej uroczystości rodzice powiedzieli: "Właśnie złamałaś przyrzeczenie, bo skosztowałaś wina.". Spojrzałam na nich i pomyślałam: "Przecież to była krew Chrystusa.". Ale później zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy rzeczywiście mam rację. Nie chciałam pytać nikogo, bo jeszcze wyszłabym na głupca. Teraz już wiem, że chcąc zobaczyć moment przeistoczenia, trzeba otworzyć najpierw swoje serce.
Czuwajcie i pilnujcie. Nie zapominajcie jednak, żeby skupić się na tym tylko w takim stopniu, na ile wymaga tego sytuacja. Jeśli będziemy chcieć za bardzo czegoś strzec, możemy źle na tym wyjść, bo przegapimy moment, w którym się to wydarzy...
wtorek, 16 sierpnia 2011
Kochaj...
Co właściwie znaczy: kochać? Tak wielu ludzi bezmyślnie wyrzuca to słowo z siebie i staje się ono puste. Mówiąc: "Kocham pizzę, kawę.", sprawiamy, że wyraz ten traci na swoim znaczeniu. Dla mnie przeznaczone jest ono do czegoś wielkiego, to tej największej miłości. Mogę powiedzieć: "Kocham Cię, mamo czy tato.". Ale jak można kochać ciastko z kremem? Można je co najwyżej chętnie jeść...
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak trudno jest miłować osobę, która robi nam krzywdę, przez którą cierpimy? Ja o tym myślę cały czas... To nie takie proste, jak niektórym się może wydawać. Codziennie próbuję to czynić i wierzcie mi lub nie, ale nie zawsze mi wychodzi. Tymi osobami są moi rodzice. Bardzo ich szanuję i właściwie mogę powiedzieć, że ich kochać, ale nie mówię tego z całkowitym przekonaniem, bo gdzieś czuję tę przepaść między nami. Gdyby im się coś stało, wiem, że by mnie to bardzo bolało, że bardzo by mi ich brakowało. Ale no właśnie, jest we mnie to ale, że teraz mnie nie rozumieją, że nie mogę im zaufać. Nieustannie powtarzam sobie: "Kochaj rodziców, ich nie wybierasz, ich dostajesz i chcesz czy nie, ale musisz pogodzić się z tym prezentem.". Bardzo cenię to, że nauczyli mnie podstawowych czynności i byli ze mną w najmłodszych latach. Ale nie istnieli potem, nie mówili kim jest Jezus, nie opowiadali o zaufaniu, wzajemnej miłości, zrozumieniu. Nie nauczyli mnie kochać oczami Jezusa...
W swoich zapiskach mam punkt brzmiący tak: "Nie pokochasz świata, jeśli nie pokochasz siebie.". Teraz widzę, jakie to ważne. Nienawidząc siebie, nie dajemy miłości drugiemu człowiekowi, bo przecież nie mamy skąd jej brać. Nieświadomie dajemy to co złe innym. Nie mówię tutaj o przesadnym uczuciu do siebie, bo to nie jest właściwe. Trzeba cenić siebie, ale też i drugą osobę.
Słowo "kocham" jest bardzo piękne, gdy jest wypowiadane prosto z serca, gdy mówimy to osobie, która wiele dla nas znaczy. Wypowiadajcie je często do ludzi, którzy są dla was ważni. Wierzcie mi, to czasem bardzo pomaga komuś, kto czuje się strasznie samotny i myśli, że już na zawsze zostanie sam...
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak trudno jest miłować osobę, która robi nam krzywdę, przez którą cierpimy? Ja o tym myślę cały czas... To nie takie proste, jak niektórym się może wydawać. Codziennie próbuję to czynić i wierzcie mi lub nie, ale nie zawsze mi wychodzi. Tymi osobami są moi rodzice. Bardzo ich szanuję i właściwie mogę powiedzieć, że ich kochać, ale nie mówię tego z całkowitym przekonaniem, bo gdzieś czuję tę przepaść między nami. Gdyby im się coś stało, wiem, że by mnie to bardzo bolało, że bardzo by mi ich brakowało. Ale no właśnie, jest we mnie to ale, że teraz mnie nie rozumieją, że nie mogę im zaufać. Nieustannie powtarzam sobie: "Kochaj rodziców, ich nie wybierasz, ich dostajesz i chcesz czy nie, ale musisz pogodzić się z tym prezentem.". Bardzo cenię to, że nauczyli mnie podstawowych czynności i byli ze mną w najmłodszych latach. Ale nie istnieli potem, nie mówili kim jest Jezus, nie opowiadali o zaufaniu, wzajemnej miłości, zrozumieniu. Nie nauczyli mnie kochać oczami Jezusa...
W swoich zapiskach mam punkt brzmiący tak: "Nie pokochasz świata, jeśli nie pokochasz siebie.". Teraz widzę, jakie to ważne. Nienawidząc siebie, nie dajemy miłości drugiemu człowiekowi, bo przecież nie mamy skąd jej brać. Nieświadomie dajemy to co złe innym. Nie mówię tutaj o przesadnym uczuciu do siebie, bo to nie jest właściwe. Trzeba cenić siebie, ale też i drugą osobę.
Słowo "kocham" jest bardzo piękne, gdy jest wypowiadane prosto z serca, gdy mówimy to osobie, która wiele dla nas znaczy. Wypowiadajcie je często do ludzi, którzy są dla was ważni. Wierzcie mi, to czasem bardzo pomaga komuś, kto czuje się strasznie samotny i myśli, że już na zawsze zostanie sam...
Subskrybuj:
Posty (Atom)