poniedziałek, 3 stycznia 2011

Boże Narodzenie...

Wigilia... Wspólna wieczerza, łamanie się opłatkiem, prezenty... Ale czy tak powinien wyglądać ten dzień? Co roku nadchodzi ta chwila, w której mamy uczcić Boże Narodzenie, a czy właściwie to robimy? Zasiadamy do stołu wraz z rodziną, łamiemy się opłatkiem, choć często nie darzymy się szacunkiem na co dzień. 24 grudnia kojarzy nam się z przyjściem św. Mikołaja, który przyniesie prezenty. Zapominamy o kimś, kto jest w tym dniu najważniejszy, o Jezusie. A ja, ja tak bardzo chciałam, żeby to On był tym, na co czekałam cały rok. Szkoda, że mogłam przywitać Go jedynie po kryjomu, w sercu. Szkoda, że moja rodzina nie chciała zaprosić Go na wspólną wieczerzę... Każdy czekał na coś najbardziej istotnego, na prezenty. Ale co mi po tej książce, po nowej bluzce? Nic... Wszystkie te rzeczy można kupić w najbliższym supermarkecie, mając odrobinę pieniędzy. A ja, ja bym chciała inny prezent, taki wyjątkowy. Marzy mi się wielkie pudełko, a w niej mała karteczka z napisem: "Jestem z Tobą w każdym momencie. Możesz mi zaufać.". Tego niestety nie dostanę w żadnym sklepie... Ja pragnę dostać zrozumienie. Chciałabym wiedzieć, że jest ktoś, komu mogę w pełni zaufać. Ja po prostu marzę o osobie, która nie odrzuci mnie przez to, co robię, tylko powie: "Dasz radę. Wierzę w Ciebie.". Dlaczego ja zawsze pragnę dostać coś, co jest trudne do spełnienia? Dlaczego dla ludzi ważne są rzeczy, które posiadają? Dlaczego takich spotykam na swojej drodze? Co mam przez to zauważyć, co zrozumieć? Wciąż nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie, wciąż szukam odpowiedzi...
W środę, gdy byłam ostatni dzień w szkole, przeżyłam coś niezwykłego. Oglądałam jasełka i miałam łzy w oczach... Pierwszy raz oglądając przedstawienie z okazji świąt, tak trudno było mi opanować łzy. Wiedziałam, że jakbym zaczęła płakać, wszyscy którzy by to zauważyli, wyśmialiby mnie. Na szczęście udało mi się do tego nie dopuścić... Było ciężko. Zobaczyłam tam sceny, które dotyczą mnie, przedstawiają wartości, których szukam, dlatego tak bardzo się wzruszyłam. Ale chyba tego potrzebowałam. Dziękuję.
Rok kalendarzowy dobiegł końca... Zastanawiam się, co szczególnego zrobiłam? Czy jest coś takiego, co byłoby czymś wielkim? Raczej nie... Kilka odwiedzin w szpitalu, pomoc w lekcjach - ale to, to jest maleńka kropla tego co można było zrobić. Właśnie sobie uświadomiłam, że przegapiłam tylu ludzi, tyle chwil, by uczynić coś dobrego... Nie potrafiłam dostrzec innych osób, zawsze gdzieś się spiesząc. Dobrze, że na sam koniec zwolniłam, w Adwencie. Marzy mi się, by kiedyś zorganizować Wigilię dla ludzi bezdomnych i opuszczonych. Ale na razie to chyba niemożliwe, może kiedyś się spełni... Tak bardzo bym chciała...
Niech Wigilia i Boże Narodzenie nie będą zwykłymi świętami, ale czasem, w którym przychodzi Jezus. Czekajmy na Niego, a nie na prezenty, to nie one są najważniejsze. Prezenty można nabyć w każdym sklepie, ale miłość Jezusa już nie...


"Chrystus nie chce tych, co Go podziwiają, ale tych, co Go naśladują."
Søren Aabye Kierkegaard

piątek, 26 listopada 2010

Niezwykły dar...

Każdy z nas otrzymuje dary od Boga. Często są one trudne do poznania, czasem widzimy je na pierwszy rzut oka.
Zastanawiam się, co takiego ja od Niego dostałam... Odkrywam to już od sześciu lat. Miałam wówczas 10 lat... Byłam dzieckiem, które dopiero uczy się życia, ale już wtedy Bóg zaczął pokazywać mi moją drogę. Wszystko zaczęło się od niewinnej "kanapki". Gdy w szkole usłyszałam o akcji, w której mamy przynosić drugie śniadanie biednej osobie, postanowiłam wziąć w niej udział. Niby to tylko dwie kromki chleba, a sprawiało mi w tamtym czasie ogromną radość, że mogę dać coś swojego innym. Kilka miesięcy później otrzymałam kolejne zadanie. Uczyłam się dobrze, szkoła była dla mnie wszystkim. Bóg przysłał do mnie kolejne osoby. Tłumaczyłam im zadania z większości przedmiotów, zostając w szkole czasem do późna. Ale to dawało mi wiele szczęścia. Jednak dla mnie to jeszcze było za mało... Zaczęłam zbierać w szkole fundusze w różnych akcjach, jeździłam do domu dziecka. Gdy któregoś dnia miałam do zrealizowania kolejny punkt mojego planu... Bóg postawił przede mną starszą, samotną osobę. Na początku była tylko rozmowa, robienie zakupów. Ale gdy babcia, bo tak Ją nazywałam, nie mogła chodzić i musiała leżeć, karmiłam Ją, czytałam gazety, zawsze przy Niej byłam. Od Niej uczyłam się miłości i szacunku do innych ludzi. Gdy zmarła, postanowiłam nie poprzestawać w swoim działaniu. Odchodząc ze szkoły podstawowej, rozpoczęłam naukę w gimnazjum, a tym samym kolejny rozdział. W nowej klasie nikt nie uczył się j.niemieckiego, dlatego też wymyśliłam, że pomogę im, bo nie radzili sobie z tym przedmiotem, a ja miałam go już dobrze opanowany. Poświęcałam na to mnóstwo czasu... Aż w końcu od najbliższych usłyszałam: "Oni cię tylko wykorzystują. Zobacz, nie masz nawet chwili dla siebie. Nie pomagaj im.". Te słowa były dla mnie wielkim ciężarem i bólem. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak do mnie mówią. Aż w końcu pojęłam, że dla nich ważna jest zapłata, nie istnieje bezinteresowność. Niedługo potem chciałam dołączyć do jakiegoś stowarzyszenia. Ale niestety nie udało się. Miałam wtedy 13 lat, byłam za młoda, bo nikt nie chciał mnie przyjąć. Tak więc musiała wystarczyć mi tylko pomoc innym w nauce. Czekałam, aż przyjdzie ten odpowiedni moment, gdy wreszcie będę mogła robić coś więcej. Dzisiaj, kiedy mam 16 lat moje marzenie się spełnia. Dołączam do fundacji "Dobrze że jesteś". Będę towarzyszyć chorym w ich cierpieniu. Czy podołam temu zadaniu, nie wiem. Nieustannie się nad tym zastanawiam, ale skoro Bóg zrodził we mnie taką myśl, to pewnie uważa, że dam radę. Niestety już na początku swojej nowej drogi usłyszałam od najbliższych słowa krytyki i próby zniechęcenia. "Czy ty dasz radę? To nie dla ciebie. Chorzy, czy ty wiesz co robisz? Radzę ci, przemyśl to jeszcze, póki nie jest za późno, bo nie dasz rady, zobaczysz.". Nie mam wsparcia u rodziny, przyjaciół. Bardzo niewiele osób wie, że podejmę tą pracę w szpitalu, a od prawie wszystkich usłyszałam niemiłe komentarze. Zawiodłam się... Teraz bardzo uważam, co komu powierzam, więc jeśli coś mówię drugiej osobie, muszę mieć do Niej ogromne zaufanie.
Niemal codziennie rodzi się we mnie pytanie: "Czy jesteś na tyle silna, żeby towarzyszyć chorym?". Boję się, ale wierzę, że dam radę. Nawet jeśli nie będę mogła liczyć na wsparcie najbliższych, będę mieć przy sobie Boga. Pomaganie innym sprawia mi wiele radości, jest czymś, co nadaje mojemu życiu sens. Nie liczę na poklaski innych osób. Chciałabym działać po cichu, najlepiej by nikt o tym nie wiedział. To co czynię, nie jest niczym wielkim, to tylko maleńki uczynek, który nie zasługuje jeszcze na uznanie. Nie chcę słyszeć od chorych słowa "Dziękuję", to nie oto chodzi, bo wypowiedzenie tego wyrazu jest bardzo trudne. Pragnę tylko jednego, uśmiechu na twarzy choć jednej osoby, by ktoś przez moje działanie mógł poczuć się szczęśliwy. Nie wiem, czy mi się to uda. Ale jedno jest pewne, nie poddam się, nawet gdy inni będą mnie wytykać palcami. Nie robię tego dla nich, ale dla chorych.
Codziennie dziękuję Bogu za ten niezwykły dar, który od Niego otrzymałam. Jestem Mu za to bardzo wdzięczna i mam nadzieję, że postawi przede mną jeszcze wielu potrzebujących ludzi...


"Sercem nie można służyć za pieniądze, sercem służy się za darmo, bezinteresownie."
Kard. Stefan Wyszyński

poniedziałek, 15 listopada 2010

wtorek, 19 października 2010

Wybór

Nasze życie składa się z ciągłych wyborów, często trudnych. Wiele razy musimy wybierać między dobrem a złem, co nie jest proste... Co zrobić, by nie poddać się temu, czego nie chcemy? Może łatwiej będzie nam zrozumieć na przykładzie. "Jest niedziela. Idziemy do kościoła, ale w drodze do niego spotykamy naszych starych znajomych. Namawiają nas na piwo, jakiś spacer po parku. Ale my mieliśmy inne plany, szliśmy spotkać się z Bogiem. Zaczynają nas przekonywać, że dawno się nie widzieliśmy, że taka okazja może się nie zdarzyć. Musimy wybierać...". Co wtedy robimy? Najczęściej idziemy wraz z "przyjaciółmi", a nie tam, gdzie zamierzaliśmy. Często dlatego, że baliśmy się powiedzieć "nie, nie idę z wami". Może gdybyśmy wtedy zwrócili się do Boga, dostalibyśmy siłę, żeby odmówić i wyjść na spotkanie ku Niemu? Myślę, że tak.
Zdarza się, że musimy wybierać między złem a złem. Dobrze, że dzieje się to stosunkowo rzadko. No bo cóż zrobić: "strzelić do mordercy czy pozwolić mu zabić"? To jest bardzo ciężkie do rozstrzygnięcia, zazwyczaj podejmujemy to pod wpływem chwili...
Najtrudniejszą decyzją jest dla mnie wybór między dobrem a dobrem. Jak mam wybrać tego, któremu potrzebna jest większa pomoc? Skąd tak naprawdę mam wiedzieć, kto mnie bardziej potrzebuje? To najlepiej zostawić Bogu, zapytać Go. Wybory stają się łatwiejsze, gdy podzielimy się nimi z Bogiem. On nam pomoże podjąć tą właściwą decyzję. Ale najpierw sami musimy tego bardzo pragnąć...

piątek, 15 października 2010

Blisko a jednak daleko...

Długo zastanawiałam się, co napisać, który temat wybrać. Ale postanowiłam jednak najpierw opisać dla mnie wielki dzień, czyli niedzielę.
To miało być wyjątkowe spotkanie na Mszy Świętej, bo miałam przyjąć bierzmowanie. Chciałam, żeby tak wyszło. Czy się udało, do końca sama nie wiem. Witałam księdza biskupa, starałam się, żeby powiedzieć to, co zaplanowałam, żeby to nie były puste słowa, ale te które czuję. Bardzo się denerwowałam, więc mam nadzieję, że o niczym niewłaściwym nie wspomniałam. Potem czytania i homilia. Później właściwy obrzęd sakramentu. Zakończyła się Msza, dopiero wtedy zaczęły mijać emocje.
Ale pod wieczór dopadły mnie myśli: "Czy właściwie przeżyłam ten sakrament? Czy ten dzień był dla mnie wyjątkowy?". Bardzo chciałam, żeby to wszystko nie było ot tak, ale inaczej, niezwykle. Pragnęłam świadomego i godnego przyjęcia tego sakramentu. Starałam się, by wszystko wyszło jak najlepiej, by zrozumieć istotę tego dnia. Nie wiem, czy podołałam zadaniu. Ale to już nie w mojej ocenie. Wiem jedno, gdyby nie dwie osoby, nie udałoby mi się osiągnąć tego, co uczyniłam. Dzięki Nim zrozumiałam, na czym polega ten sakrament i po co w ogóle mam go przyjąć. Gdyby nie One, ten dzień nie zostałby w mojej pamięci, a tak wiem, że będzie trwał w niej długo. A tak pomimo wątpliwości, które miałam, teraz jestem szczęśliwa. Dziękuję Wam!

sobota, 9 października 2010

Cisza...

Jutro, czyli 10 października nadejdzie ten dzień. Dzień mojego bierzmowania. Mam nadzieję, że to będzie wyjątkowa chwila, że uda mi się ją tak przeżyć. Niech Duch Święty przemieni moje życie! Teraz potrzebuję tylko wyciszenia...

sobota, 2 października 2010

Bierzmowanie

Za kilka dni nadejdzie ten moment... Bierzmowanie - sakrament, który umacnia chrześcijanina, aby swoją wiarę mężnie wyznawał, bronił jej i według niej żył. Co mi on da? A może, co chciałabym żeby wniósł w moje życie? Mam jedno pragnienie... Bardzo chciałabym, żeby dzięki niemu nauczyć się mówić językiem miłości. Ale nie ot tak, ale żeby inni słuchając mnie, odkrywali Boga. Wiem, że to trudne do zrealizowania, ale możliwe.
Chodziłam przez rok na spotkania przygotowujące do tego sakramentu i zobaczyłam tam ludzi, dla którym Bóg nie jest ważny. Niestety... Przyjmują bierzmowanie tak na wszelki wypadek, może kiedyś się przyda. A ja chcę inaczej. Chcę, żeby to było umocnienie. Skoro jest to sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, to powinien on być przyjęty w niezwykły sposób. Nie na pokaz, bo tak wydaje mi się bez sensu. Zresztą dla mnie wiele rzeczy wydaje się nie mieć sensu...
Miałam za zadanie wybrać patrona. To był dla mnie wielki problem, gdyż nie chciałam się kierować tym, które imię mi się podoba, ale życiem świętego, które chciałabym naśladować. Po długim wahaniu wybrałam św. Julię Billiart. To nie była łatwa decyzja... Pewnie niektórzy teraz się zastanawiają, cóż wielkiego jest w wyborze imienia? W wyborze imienia, nic. Ale w decyzji towarzyszącego nam świętego, dla mnie jest.
Już niedługo otrzymam ten sakrament. Chciałabym, jak najlepiej przeżyć ten dzień. Tak by podobało się Bogu. Postaram się nie patrzeć na innych, lecz tylko na Niego. Mam nadzieję, że mi się uda...